Najpopularniejsze wiadomości i informacje dla miasta Zawiercie

Jego epizod

 

Gdy umiera się mając 31 lat, można powiedzieć, że życie było epizodem... Ważnym dla innych, ważnym, bo pozostawiło się po sobie wiele myśli, wiele pomysłów, wiele wspomnień z rozmów o rzeczach tak nieoczywistych, jak sztuka, literatura... A tak ważnych... Ważne były dla Kamila Pietrzyka – naszego kolegi z MOK „Centrum”, nauczyciela polskiego z SP 5, poety, dziennikarza zawierciańskiego radia internetowego, erudyty, wrażliwca jakby nie skrojonego na czasy cynizmu i chamstwa. Tych bał się bardziej niż pandemii, choć to ona go zabiła...

 

Gdy w niedzielę, 11 października, dowiedziałem się o Jego śmierci, natychmiast odnalazłem recenzję Jego debiutanckiego tomiku poetyckiego. Gdy ją kiedyś przeczytał, po prostu uśmiechnął się, nie powiedział nawet zdawkowego „dziękuję”, tylko... odszedł do swojej roboty. Mam nadzieję, że Koleżanki i Koledzy z MOK nie pogniewają się, jeśli w ich imieniu zadedykuję Kamilowi ten tekst.

 

...

 

Recenzja (23 – 24 II 2016)

 

Pietrzyk Kamil Krzysztof, labirynt kretyński, Fundacja Przyroda i Człowiek, Kostkowice 2015 [na okładce reprodukcja obrazu Małgorzaty Lazarek; projekt graficzny, skład i druk Mariusz Jeziorko; Biblioteka Fundacji Człowiek i Przyroda – Nr 5; wydanie I z okazji przyznania praw miejskich osadzie Zawiercie; ISBN 978-83-936373-5-5].


 

Swój epizod pragnę zagrać dobrze,

aby gdy zapadnie ostatni klaps,

nikt mnie z planu nie wypieprzył z hukiem

(…)

(Wiersz filmowy, s. 9)

 

Teraz szukam formuły poezji w tomiku Kamila Pietrzyka. A gdzie powinna się znaleźć, jak nie w wierszu pod tytułem znamiennym i niezmiennie używanym przez poetów dla wyrażenia manifestu twórczego, czyli Credo. Spośród pięciu czterowersów ten czwarty wydaje mi się najbardziej autotematyczny, bo pojawia się w nim słowo „wiersz” (reszta to pozycjonowanie nie tyle poety co człowieka w świecie):

 

(…)

Wierzę w to, że warto pisać wiersze na cześć humorzastych boginek,

aby ktoś kiedyś docenił wkład poetów w kult Bachusa.

Wierzę w to, że homo sapiens tak generalnie, to ma przechlapane,

A śmierć nie przejawia skłonności nekrofilskich.

(…)

(Credo, s.45)

 

Czuję jednak niedosyt, poeta zwodzi mnie – czytelnika, pragnącego dla swej wygody i z lenistwa umysłowego, dowiedzieć się, co to takiego poezja. Może więc swą definicję poezji poeta ukrył w kodzie przeciwieństw:

 

(…)

Strach gnębi wampira przed wizytą u dentysty,

jak i bezbożnika przed zgonem z namaszczeniem.

(Namaszczeni, s. 34)

 

A może poezja to kwintesencja ambicji, która – jak w wierszu o takim tytule – pozwala na tylko tyle i aż tyle, aby:

 

(…)

W kwiecistej koszuli postawić nogę u Eskimosów

i pocierać się nosem… przez chusteczkę

(s. 5)

 

Czyli eskimoski pocałunek jak smakowanie cukierka przez papierek… Niestosownie (a może prowokacyjnie?) dobrany strój (kostium bazarowego eleganta?) i pozory czułości… I to ma być poezja? Szukam dalej… A może poezja ma w sobie coś z opętania i herezji, skoro:

 

(…)

Egzorcyzmami przepędzamy wrogie wyrazy.

Znak krzyża od początku nie wystarczał.

(…)

(Ślepota pochłonęła tę ulicę, s. 7)

 

A może poezja sprowadza się do permanentnego uświadamiania sobie marności życia, kończącego się zawsze procesem gnicia (stąd częsty motyw robaka w tych wierszach), a także historiozoficznych zgoła i z „kanałów” (ulubiony przez Pietrzyka Himilshbach grał kiedyś w serialu kanalarza!) wywiedzionych konkluzji:

 

(…)

Choć XXI wiek nadaje się do wariatkowa,

to jeszcze pięknem nie mieni się groteska.

 

Usiłuję nie taplać się w telewizyjnych kanalizacjach,

lecz to szambo dopada wszędzie jak śmierć.

(…)

(In my secret life, s. 13)

 

Poeta  lawiruje, ucieka, kluczy, ale wreszcie musi przyznać:

 

Prawdziwie żyje się w środku

(Życie wewnętrzne, s. 43)

 

I teraz wszystko staje się jasne! Świat zewnętrzny dostarcza przede wszystkim traumatycznych wspomnień, ponurych obserwacji, prognoz spod znaku fatalizmu śmierci. Tę materię poeta musi uporządkować i na przekór modom literackim, aby przypieczętować swe poetyckie votum separatum, czyni to w formie klasycznego sonetu (dwunastozgłoskowiec, rymy: abab cdcd efg gfe), bo czuje, że:

 

(…)

 nie tonę w modlitwach jak w stary pustelnik,

nie słucham wieszczenia zaspanych proroków.

(…)

(Przebudzenie II, s. 20)

 

Autor szuka ustawicznie bezpiecznego miejsca dla swojej – tu konieczny neologizm - osobność, będącej jakby sublimacją osobowości z trudem godzącej się na zameldowanie w wieży Babel zbudowanej z klocków Lego. Choć leniwie płynące wersy zdają się wskazywać, że już jest pogodzony z tym, że „piach się przesypie w klepsydrze”, to przecież broni się „morderczym humorem, wisielczym dowcipem, czarną anegdotą” (s. 19).

 

Kretyn infernalny Gałczyńskiego dobrze czułby się w tytułowym „labiryncie kretyńskim” Pietrzyka pod warunkiem, że zakompleksiałemu introwertykowi towarzyszyłby sam autor. Obydwaj byliby zdegustowani, że Tezeusz – przewodnik, oprowadzający wycieczki po muzeum Minotaura, w ręce zamiast nici Ariadny trzyma GPS. Kulturowy obciach, kompromitacja mitu, a współczesny Minotaur nie padł z ręki Tezeusza, tylko zdechł na niestrawność, bo odżywiał się fastfoodowym żarciem… Pietrzyk kwituje to po zawierciańsku „pic na wodę – fotomontaż”. A skoro już o Minotaurze wspomniałem, o pół-człowieku pół byku, to pod koniec tomiku Kamilowi Pietrzykowi przypomniało się, że:

 

Jak zamku czy warowni strzegę własnej kołdry.

Poeta to byczek rozpłodowy od werbalnych bękartów.

(…)

(Trójkąt, s. 44)

   

Przypadek to, czy kolejny ślepy korytarz w labiryncie, gdzie nas - jak kretynów - prowadzi ten miłośnik Marka Aureliusza, który wyznał, co wyznał na konradowej stronie o imieniu czterdzieści i cztery? Przeczytajcie, by poeta miał szansę (na stronie 45) „podziękować za uwagę”.

 

Andrzej Borkiewicz  

 

PS.

Kamilu żegnaj! Żal że już nie będę mógł przeczytać kolejnej Twojej książki.

My w zawierciańskim MOK będziemy o Tobie zawsze pamiętać.